wtorek, 28 sierpnia 2018

Obłęd


     Malarka, scenografka, pisarka. Kobieta wulkan, otoczona kolorami i energią. Na wizytówce ponoć ma napisane „osoba kontrowersyjna”. Hanna Bakuła, nazwana „Witkacym w spódnicy”, choć znana przede wszystkim jest ze swoich portretów, równie chętnie jak po pędzel, sięga też po pióro. Gdy przez przypadek natrafiłam na jej najnowszą książkę „Obłęd, Otello i singielka”, postanowiłam sprawdzić co kryje się pod tym tytułem. No, to już wiem.
     Molly, alter ego autorki, od dziesięciu lat jest w związku z Docentem vel. Otellem. Chociaż słowo związek wypadałoby wziąć w cudzysłów, bo ich relacja przypominała raczej rollercoaster sunący po bardzo wyboistym torze. Rozstania i powroty, awantury i seks na zgodę, wzywanie policji i zasypywanie wybranki kwiatami… i tak przez dekadę. Pytanie jest jedno: po co to wszystko? Zwłaszcza, że szybko na światło dzienne wyszło oblicze Docenta-stalkera, Otella-zazdrośnika, który szpiegował Molly, śledził każdy jej ruch, urządzał dantejskie sceny.
     Bakuła poruszyła ważny temat, który naprawdę jest realnym problemem wielu kobiet, ale zrobiła to w taki sposób, że mnie szlag jasny trafiał jak czytałam tę książkę. Po pierwsze – problem został zbagatelizowany. Po drugie – bohaterka to jakaś, za przeproszeniem, pinda, która chce uchodzić za światowej klasy malarkę rozbijającą się po sopockich i nowojorskich salonach, niezależną kobietę, duszę towarzystwa, a w rzeczywistości jest pańcią pozbawioną instynktu samozachowawczego ze skłonnościami do autodestrukcji, która swoją szarpaniną z Docentem zadręcza wszystkich wokół, bez względu na to, czy są to bliscy przyjaciele, sąsiedzi czy obcy ludzie. Jeśli myślicie, że to wszystkie minusy tej książki to muszę Was rozczarować. Jeszcze gorszy jest jej język. Miało być ironicznie, miał być cięty język i humor, wszystko podkreślone grubą kreską, a wyszło jak zwykle, czyli do dupy.



Brak komentarzy: