niedziela, 18 stycznia 2015

Jerome David Salinger



     Niech podniesie rękę ten, kto zna Franny i Zooey, Pana Kostka w Connecticiut albo Opowiadanie dla Esme. Nikt? No cóż, ja też nie. A gdybym powiedziała Wam, że autor tych tekstów brał udział w drugiej wojnie światowej, zawsze pisał o młodych ludziach, swoją prozą wyprzedził  beatników, odrzucił sławę i splendor na rzecz ciszy i spokoju, ignorował szum, który sam wywołał i starał się żyć zgodnie z filozofią wedanty. Coś świta? Jednak gdy powiem Wam, że chodzi o autora Buszującego w zbożu, nie będziecie mieć wątpliwości o kim mowa.
     Jerome David Salinger urodził się 1 stycznia 1919 roku w Nowym Jorku, gdzie spędził całe swoje dzieciństwo. Jego edukacja przebiegała dość burzliwie, a plany na przyszłość, które snuł, szybko zostały zweryfikowane przez jego ojca, przeciwstawiającego się aktorskim zapędom syna. Wydarzeniem, które ukształtowało życie Salingera był udział w II wojnie światowej. Jako sierżant sztabowy w 12 Pułku Piechoty, żołnierz, pracownik kontrwywiadu w pełni doświadczył okrucieństwa wojny i uświadomił sobie, co to znaczy być Żydem. Wszystko to silnie odbiło się na jego psychice, kształtując jego życie i twórczość. Podczas wojny nieustannie nosił przy sobie sześć rozdziałów Buszującego w zbożu, traktował je jak talizman, wierzył w to, że musi przetrwać, by dokończyć powieść.
    O Salingerze zaczęło się mówić, gdy New Yorker, pismo kształtujące czytelnicze gusta, opublikował jego opowiadanie. Jednak wydanie Buszującego w zbożu w 1951 roku wywołało istną histerię. Nazwisko Salingera było na ustach wszystkich, każdy mówił o powieści, dla wielu stała się biblią nonkonformistów, przyzwoleniem na bunt. Po opublikowaniu książki (dotychczas sprzedała się w niemalże siedmiuset milionach egzemplarzy), Salinger stał się postacią numer jeden, nie tylko w literaturze. Każdy dziennikarz marzył o wywiadzie z nim, każdy nastolatek o spotkaniu, wiele kobiet o nawiązaniu znajomości z pisarzem. Tymczasem on odrzucił to, co proponował mu wielki świat. Zaszył się w domu ogrodzonym wysokim płotem, by całe dnie spędzać na pisaniu w niewielkim baraku. Jednak jego kolejne nieliczne publikacje nie zostały przyjęte z entuzjazmem, którego spodziewali się chyba wszyscy. Ostatni utwór został opublikowany w New Yorkerze w 1965 roku, wiele tekstów napisanych przez amerykańskiego autora do tej pory nie zostało wydanych.
     I choć Salinger zrezygnował z blasku fleszy, bronił zawzięcie swojej prywatności, nie zniknął całkowicie z życia publicznego ani nie został pustelnikiem, jak powszechnie się sądzi. Dbał o relacje z przyjaciółmi, śledził wydarzenia i niuanse kulturalne, obserwował zachodzące w świecie sztuki zmiany, ale robił to z dystansu, tworząc mit, który pozostał w świadomości czytelników nawet po śmierci pisarza w 2010 roku.
     Z tym mitem postanowili rozprawić się David Shields i Shane Salerno, którzy przez 9 lat gromadzili materiały na temat Salingera, przeprowadzili rozmowy z setkami osób na całym świecie, dotarli do źródeł, które dotychczas nie były udostępniane. Prawdziwą skarbnicą wiedzy o życiu pisarza okazały się listy z lat 1940-2008. Korespondencja Salingera z przyjaciółmi, wydawcami, towarzyszami broni, z postaciami ze świata literatury i kultury, wskazała nowe drogi. Polifoniczna biografia przedstawia najpełniejszy portret pisarza, począwszy od wczesnych lat dzieciństwa przez okres największej sławy aż do śmierci J.D. Salingera. Największym wyzwaniem przed którym stanęli biografowie było zbadanie i opisanie ostatnich pięćdziesięciu lat życia autora, który niemalże całkowicie zniknął z przestrzeni publicznej, w 1980 roku udzielając ostatniego wywiadu.
     Trzeba przyznać, że autorzy biografii podołali postawionemu sobie wyzwaniu, tworząc kompletny portret pisarza. I choć doceniam ich wysiłek, podziwiam ogrom pracy, którą wykonali, Salinger jako człowiek nie wzbudził mojej sympatii. Był postacią o złożonej osobowości, ale też bardzo sprzecznej, a przez to czasami niewiarygodnej. Z pewnością nie należy do grona „[…] ludzi, z którymi chciałbyś się później zaprzyjaźnić, do których mógłbyś dzwonić, gdyby przyszła ci chęć.”





2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Hmm... Nie wiedziałam o autorze nic, prócz tego, że napisał "Buszującego...". Więc to bardzo przydatny tekst, ciekawy, do tego zgrabny, płynny, bez jednego tylko przecinka (nie byłabym sobą, przepraszam :-))

Leśna czytelnia pisze...

A gdzież on mi się zapodział? :)