Niech podniesie rękę ten, kto zna Franny i Zooey, Pana Kostka w Connecticiut albo
Opowiadanie dla Esme. Nikt? No cóż,
ja też nie. A gdybym powiedziała Wam, że autor tych tekstów brał udział w
drugiej wojnie światowej, zawsze pisał o młodych ludziach, swoją prozą
wyprzedził beatników, odrzucił sławę i
splendor na rzecz ciszy i spokoju, ignorował szum, który sam wywołał i starał
się żyć zgodnie z filozofią wedanty. Coś świta? Jednak gdy powiem Wam, że
chodzi o autora Buszującego w zbożu,
nie będziecie mieć wątpliwości o kim mowa.
Jerome David Salinger urodził się 1 stycznia 1919
roku w Nowym Jorku, gdzie spędził całe swoje dzieciństwo. Jego edukacja
przebiegała dość burzliwie, a plany na przyszłość, które snuł, szybko zostały
zweryfikowane przez jego ojca, przeciwstawiającego się aktorskim zapędom syna.
Wydarzeniem, które ukształtowało życie Salingera był udział w II wojnie
światowej. Jako sierżant sztabowy w 12 Pułku Piechoty, żołnierz, pracownik
kontrwywiadu w pełni doświadczył okrucieństwa wojny i uświadomił sobie, co to
znaczy być Żydem. Wszystko to silnie odbiło się na jego psychice, kształtując
jego życie i twórczość. Podczas wojny nieustannie nosił przy sobie sześć
rozdziałów Buszującego w zbożu,
traktował je jak talizman, wierzył w to, że musi przetrwać, by dokończyć
powieść.
O Salingerze zaczęło się mówić, gdy New Yorker, pismo kształtujące
czytelnicze gusta, opublikował jego
opowiadanie. Jednak wydanie Buszującego w
zbożu w 1951 roku wywołało istną
histerię. Nazwisko Salingera było na ustach wszystkich, każdy mówił o powieści,
dla wielu stała się biblią nonkonformistów, przyzwoleniem na bunt. Po
opublikowaniu książki (dotychczas sprzedała się w niemalże siedmiuset milionach
egzemplarzy), Salinger stał się postacią numer jeden, nie tylko w literaturze.
Każdy dziennikarz marzył o wywiadzie z nim, każdy nastolatek o spotkaniu, wiele
kobiet o nawiązaniu znajomości z pisarzem. Tymczasem on odrzucił to, co
proponował mu wielki świat. Zaszył się w domu ogrodzonym wysokim płotem, by
całe dnie spędzać na pisaniu w niewielkim baraku. Jednak jego kolejne nieliczne
publikacje nie zostały przyjęte z entuzjazmem, którego spodziewali się chyba
wszyscy. Ostatni utwór został opublikowany w New Yorkerze w 1965 roku, wiele tekstów napisanych przez
amerykańskiego autora do tej pory nie zostało wydanych.
I choć Salinger zrezygnował z blasku fleszy, bronił
zawzięcie swojej prywatności, nie zniknął całkowicie z życia publicznego ani
nie został pustelnikiem, jak powszechnie się sądzi. Dbał o relacje z
przyjaciółmi, śledził wydarzenia i niuanse kulturalne, obserwował zachodzące w
świecie sztuki zmiany, ale robił to z dystansu, tworząc mit, który pozostał w
świadomości czytelników nawet po śmierci pisarza w 2010 roku.
Z tym mitem postanowili rozprawić się David Shields
i Shane Salerno, którzy przez 9 lat gromadzili materiały na temat Salingera,
przeprowadzili rozmowy z setkami osób na całym świecie, dotarli do źródeł,
które dotychczas nie były udostępniane. Prawdziwą skarbnicą wiedzy o życiu
pisarza okazały się listy z lat 1940-2008. Korespondencja Salingera z
przyjaciółmi, wydawcami, towarzyszami broni, z postaciami ze świata literatury
i kultury, wskazała nowe drogi. Polifoniczna biografia przedstawia
najpełniejszy portret pisarza, począwszy od wczesnych lat dzieciństwa przez
okres największej sławy aż do śmierci J.D. Salingera. Największym wyzwaniem
przed którym stanęli biografowie było zbadanie i opisanie ostatnich
pięćdziesięciu lat życia autora, który niemalże całkowicie zniknął z
przestrzeni publicznej, w 1980 roku udzielając ostatniego wywiadu.
Trzeba przyznać, że autorzy biografii podołali
postawionemu sobie wyzwaniu, tworząc kompletny portret pisarza. I choć doceniam
ich wysiłek, podziwiam ogrom pracy, którą wykonali, Salinger jako człowiek nie
wzbudził mojej sympatii. Był postacią o złożonej osobowości, ale też bardzo
sprzecznej, a przez to czasami niewiarygodnej. Z pewnością nie należy do grona „[…] ludzi, z którymi chciałbyś się później zaprzyjaźnić, do
których mógłbyś dzwonić, gdyby przyszła ci chęć.”

2 komentarze:
Hmm... Nie wiedziałam o autorze nic, prócz tego, że napisał "Buszującego...". Więc to bardzo przydatny tekst, ciekawy, do tego zgrabny, płynny, bez jednego tylko przecinka (nie byłabym sobą, przepraszam :-))
A gdzież on mi się zapodział? :)
Prześlij komentarz